Rumunia Transalpina – 2009

RUMUNIA 2009 – Transalpina i okolice

        7 miesięcy po wyprawie postanowiliśmy w końcu opisać nasz pierwszy offroadowy wyjazd poza Polskę. Pojechaliśmy w dwa auta – Nissan Pickup i Wrangler TJ. Przed wyprawą przygotowaliśmy lekko samochody i zakupiliśmy niezbędny szpej, który wydawało nam się, że jest niezbędny.

Dzień pierwszy:

        Wyruszyliśmy z Warszawy 12 lipca skoro świt. No prawie skoro świt. Było około 8:00. Planowana trasa: Warszawa-Barwinek-Słowacja. Na Słowacji nie pamiętam miast, ale było to dość prosto na południe. Przez Węgry kierowaliśmy się już na Oradea w Rumunii. Planowaliśmy zrobić Węgry drogami drugorzędnymi i nasz pilot miał małe spięcie z Mariolką z Automapy i efekt był taki, że dojechaliśmy do wału z zakazem ruchu. Mariolka uparcie twierdziła „jedź prosto”, hamulec emocjonalny nas powstrzymywał. Spróbowaliśmy dojechać do najbliższej asfaltówki polną drogą, ale i ona się zaraz skończyła. Podczas zawracania przy jednej z chałup, wyszli do nas miejscowi. Chłopaki z pickupa próbowali się dogadać i dopytać o drogę. Miejscowy zaczął gestykulować, mówić coraz głośniej i w końcu poszedł do stodoły. Po chwili wyjechał na rasowym Simsonie i pokazuje żeby jechać za nim. Jaką drogą nas poprowadził? Oczywiście tą z zakazem ruchu!!!


Gościu dostał u nas ksywę rockers!!!

        Na końcu wału był szlaban, ale Rockers sprytnie sobie z nim poradził. Był to nasz pierwszy szlabaning poza granicami kraju 100 metrów dalej była przeprawa promowa. Cennik na promie miał chyba z 30 pozycji i nic z niego nie rozumieliśmy. Daliśmy chłopakom 10€. Sądząc po ich minach chyba trochę przepłaciliśmy.

        Dalej już kulturalnie lecieliśmy asfaltami bo zaczynało się robić późno. W Oradea byliśmy ok. 22:00 naszego czasu. Kolejne 30 minut spędziliśmy na kręceniu się po mieście i szukaniu jakiegoś hotelu. W końcu wybraliśmy hotel Corolla. Co ciekawe ceny za pokój można było negocjować

Dzień drugi:

        W Rumunii jest godzina do przodu, więc nie pospaliśmy. Godzina 8:00 lokalnego czasu byliśmy na śniadaniu. Chłopaki poszli na miasto wymienić trochę kasy i ok. 10:00 jechaliśmy dalej. Kierowaliśmy się już na Sebes, gdzie rozpoczyna się Transaplina (droga nr 67C). Większość tego dnia to była jazda po czarnym. Pod koniec dnia natknęliśmy się na grupkę Rumunów. Zakleszczył im się łańcuch w motorze. Mój pilot pomógł chłopakom.

        Następnie dojechaliśmy w okolice jeziora Vidra i skrzyżowania z drogą na Petrosani. Potem poszukiwanie odpowiedniego miejsca na obóz (priorytetem był brak śladów niedźwiedzi (rum. ursul) w okolicy), rozstawienie namiotów, ognisko i piwo.
W końcu postanowiliśmy zatrzymać się na nocleg na brzegu jeziora Vidra. Rzeczywisty stan wody nie odpowiadał temu co widać na mapie.

Dzień trzeci:

Poranek i nasz pierwszy obóz.




Gdzie na mapie jest środek jeziora teraz płynie tam strumień. Doskonałe miejsce na poranną kąpiel!!!

        Poprzedniego dnia zapomniałem zatankować jeepa i dzień rozpoczęliśmy wycieczką do Petrosani po paliwo. W sumie to polecam dojazd do transapliny od strony Petrosani – ciekawsza trasa, lepsze widoki. Nie warto jechać przez Sebes tak jak my. Po tankowaniu wracamy na 67c i zaczynamy pierwsze negocjacje z robotnikami. Miałem wrażenie, że wjeżdżamy na plac budowy. Wokół ciężarówki, wszyscy trąbią na nas, a kierowcy machają i pokazują żeby zawracać. Okazało się, że właściwa droga rzeczywiście jest rozkopana, głęboki rów i nie ma jak jechać. Odbijamy w prawo, znajdujemy pierwszy bród na naszej trasie i za chwilę mamy roboty drogowe za sobą. To znaczy tak nam się wydawało, bo za następnym zakrętem natrafiamy na gościa z łopatą, koparkę i pryzmę żwiru na całej szerokości drogi. Po wyciągnięciu mapy i pokazaniu gdzie chcemy jechać gościu z uśmiechem mówi do nas „tu bir” Nawet nie zapinaliśmy reduktorów, żeby się zmierzyć z pryzmą. Chłopaki za dwa piwa zrobili nam przejazd koparką.

Potem spokojnie wspinamy się w góry i jedziemy na południe do przełęczy Urdele.

Urdele – postój na wysokości ok. 2100m n.p.m. W prawym górnym rogu zdjęcia widać wioskę Rinca.

 

Przerwa na obiad zaraz za przełęczą Urdele

 

Tego dnia do Rinca nie dojechaliśmy, zawróciliśmy i pojechaliśmy na południowy-wschód.






Zaczynamy zjeżdżać w poszukiwaniu miejsca na nocleg.

Reduktor i powoli w dół…




Ruchome przeszkody terenowe.

Nocujemy w okolicy Polovragi.

Dzień czwarty:

        Rano odkrywamy na pobliskich drzewach niepokojące ślady – prawdopodobnie ursule:). Zwijamy obóz i kierujemy się do Novaci. Po drodze pada instalacja 12V z gniazda zapalniczki w pickupie. Brak GPSa i CB nie bolało tak bardzo jak świadomość, że nie działa lodówka. Po całym dniu w 30 stopniowym upale, zimne piwo na koniec dnia to było to Na szczęście padł tylko bezpiecznik, więc po chwili lodówka znowu na chodzie i można jechać dalej. W Novaci krótkie tankowanie, wymiana kasy i bezowocne poszukiwanie bezpiecznika. Dalej jedziemy doliną rzeczki do Rinca – bardzo fajna trasa.

        W Rinca chcieliśmy wbić się na Transaplinę. Nie obyło się bez problemów. Od strony Rinca wjazd na 67C i dojazd na Urdele był blokowany przez roboty drogowe. Robotnicy poszerzali trasę i podobno szykowali się do asfaltowania. Negocjacje na migi, po polsku, angielsku, rosyjsku, częstowanie papierosem nie przekonywały gościa, który blokował nam drogę. Na szczęście 5 minut wcześniej zabraliśmy znajomego Rumuna Chrisa. Spotkaliśmy go i jego kumpli na motocyklach 2 dni wcześniej. Zablokował im się łańcuch w motorze, pomogliśmy kluczem 21 . Tego dnia jechał na rowerze i chciał, żebyśmy go podrzucili na Urdele. Zabraliśmy go i teraz on nam pomógł. Krótka rozmowa z robotnikiem i jedziemy dalej. Później zapieliśmy reduktor i musieliśmy objechać bokiem rozkopaną transaplinę, by po chwili wrócić na właściwą trasę. Za Urdele pojechaliśmy na wschód. Po drodze mijaliśmy sporą ekipę (chyba z 6 aut) z Polski. Krótkie pozdrowienia i jedziemy dalej. Na tej trasie były super widoki, gorąco polecam. Jechaliśmy połoninami i potem zjechaliśmy na północ w okolice tamy na jeziorze Vidra. Podczas poszukiwania miejscówki na obóz wjechaliśmy w trochę grząski teren i potrzebny był kinetyk.

        Ponieważ zaczynało się robić późno, odpuściliśmy dalsze poszukiwania i udaliśmy się w znane miejsce z pierwszego dnia.

Dzień piąty:

        Z rana pokręciliśmy się po wyschniętym jeziorze i następnie zaczęliśmy jechać drogą na północnym brzegu jeziora. Kierowaliśmy się na wschód. W pewnym momencie odbiliśmy na północ. Chcieliśmy dostać się na połoniny, ale droga się skończyła. Manewr zawracania na wąskiej, śliskiej ścieżce podniósł chłopakom poziom adrenaliny Zdjęcie nie oddaje warunków jakie tam były 30 cm do tyłu i było pionowo w dół…

    Wróciliśmy na drogę wzdłuż jeziora i dojechaliśmy do tamy. Od naszej strony wjazd na tamę nie był zagrodzony, ale na drugim brzegu natknęliśmy się na szlaban i „ochronę”. Dwa papierosy i za szlabanem skręcamy w lewo, dalej są szutry, trochę asfaltu, przejeżdżamy przez Voineasa. Następnego dnia chcemy przejechać transfogaraską, więc kierujemy się w stronę Curtea de Agres. Na nocleg odbijamy w prawo z asfaltu i po ok. 2 km znajdujemy polanę ze strumieniem – zajebiste miejsce na nocleg.

Dzień szósty:

     Powrót do Polski zaplanowaliśmy przez trasę transfogaraską. Po widokach z ostatnich 3 dni, kręta asfaltówka przez góry nie robiła żadnego wrażenia. Jedziemy po czarnym, przejeżdżamy transfogaraską i łapiemy azymut na Satu Mare – czyli Sebes, Cluj Napoca, Zalau. 30 km przed Zalau, zjeżdżamy z asfaltu i szukamy miejscówki na nocleg.

Dzień siódmy:

        Zalau – Satu Mare – nie pamiętam trasy przez Węgry Do Słowacji wjeżdżamy w tym samym miejscu co przyjechaliśmy. Tranzyt przez Słowację, Barwinek i postój na kanapkę. Pierwszego dnia zalaliśmy paliwo do kanistra i profilaktycznie woziłem go na pace przez cały wyjazd. Na postoju stwierdziłem, że zatankuję jeepa. Po przejechaniu 300m jeep stracił moc i nie było dalszej jazdy . Na szczęście udało się w miarę szybko znaleźć warsztat i postawić diagnozę – nie pracują 3 cylindry. Prawdopodobnie w kanistrze był jakiś syf i przytkał wtryskiwacze. Uszlachetniacz do benzyny do czyszczenia wtrysków po 10 minutach załatwił sprawę i jechaliśmy dalej. Straciliśmy na tym ok. 2-3 godzin. Dalsza trasa była bez problemów i w Warszawie byliśmy ok. 2 w nocy w niedzielę.

Na koniec kilka suchych faktów:
– w sumie przejechaliśmy ok. 2600 km.
– spalanie w TJ 4.0 na trasie ok. 14.5L/100km, w górach ok. 30L/100km (reduktor i jazda na 1 i 2)
– optymalna prędkość wrongiem z miękim dachem, liftem 4” i MT 33” w trasie 90-100km/h (bez dachu trochę mniej bo łeb urywa)
– paliwo tańsze niż u nas

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Najnowsze wpisy

  1. Bałkany 2015 Napisz odpowiedź
  2. Film z wyjazdu 2014. 2 odpowiedzi
  3. Fotorelacja z tegorocznej wycieczki na południe Albanii już gotowa… 2 odpowiedzi
  4. Wracamy 2 odpowiedzi
  5. Dzika plaza i na krawedzi 5 odpowiedzi
  6. Co sie wydarzylo do tej pory 1 odpowiedź
  7. Jedziemy nad morze Napisz odpowiedź
  8. Na południe 1 odpowiedź
  9. Planowanie… Napisz odpowiedź