Czarnogóra – Albania 2012

_____________________________________________

Długie przygotowania…

     Ponad 2 lata musieliśmy czekać na kolejny wypad Dirtyriders przekładając go kilkukrotnie. Wydawało się, że wszystko sprzysięgło się przeciwko naszej „wyprawie” – sprawy rodzinne, zawodowe, a nawet Euro 2012, które pośrednio zablokowało plany wyjazdu czerwcowego.

     W pewnym momencie, w związku z brakiem pełnego składu, zdesperowani poszukiwaliśmy nawet „pasażerów” na popularnych forach internetowych. Ku naszemu sporemu zdumieniu, nie znalazł się żaden chętny (chętna niestety też nie 😉 ) na wolne miejsce w aucie. Jak się jednak później okazało, w myśl jednego z moich ulubionych przysłów: „nie ma tego złego…”. Nowi członkowie ekipy zorganizowanej na wyjazd wrześniowy znakomicie sprawdzili się jako Dirtyriders w odpowiedniej chwili wykazując się doskonałym przygotowaniem survivalowym oraz zdolnością zorganizowania każdego towaru pierwszej potrzeby. ;).

     Po zebraniu załogi, pomimo ostrzeżeń o niekorzystnej o tej porze roku górskiej aurze, pojechaliśmy w końcówce września w standardowym składzie samochodowym: Jeep Wrangler i Nissan Pickup. Planowana trasa miała przebiegać głównie po Czarnogórze, ale planowaliśmy też krótki rekonesans na północy Albanii. Właściwie, ze względu na ograniczoną ilość czasu, zależało nam tylko na zobaczeniu Theth, więc nie do końca przygotowaliśmy się do zwiedzania pozostałych terenów w Albanii. Poskutkowało to kilkoma „przygodami”, ale może zacznę od początku…

Testy sprzętu i ludzi przed wyjazdem

________________________________________________

Dzień 0 i 1 (26-27.09). Dojazd do Czarnogóry

     Ograniczony do 9-10 dni czas wycieczki oraz fakt, że jedzie czterech facetów/kierowców spowodował, że postanowiliśmy maksymalnie skrócić czas przeznaczony na dojazd. W związku z tym, wyjechaliśmy wieczorem w środę (26 września) z Warszawy z zamiarem dotarcia do Czarnogóry bez noclegu w ciągu 24 godzin. Krótkie przerwy na tankowanie aut i brzuchów, odporność pasażerów Jeepa na hałas przy prędkościach rzędu 110km/h oraz zmiany za kierownicą pozwoliły nam na realizację założonego planu w 100%. Dzięki temu, po dość męczącej podróży i przejechaniu ponad 1300km, niemal dokładnie po upływie doby dotarliśmy do Pljevli w Czarnogórze, gdzie ze względu na dosyć późną porę i naszą słabą formę postanowiliśmy przenocować w napotkanym na wjeździe do miasteczka – Hotelu Oaza. Ten wieczór upłynął głównie na regeneracji pod prysznicem i analizowaniu przy piwku wariantów planowanej na następny dzień trasy.

Jeep pędzący autostradą gdzieś na Węgrzech

Trochę faktów:

Trasa – 1322km (Warszawa, Kraków, Chyżne, Banska Bystrzyca, Budapeszt, Segedyn, Novi Sad, Belgrad, Użice, Pljevlja)

Wyjazd z Chotomowa 26.09 (środa) o 21.30. Dojazd do Pljevli: 27.09 (czwartek) o 21.30

Nocleg 1: Pljevlja – Hotel Oaza, 43°21’10.56″N 19°21’55.30″E, wys. 788 m n.p.m

__________________________________________________

Dzień 2 (28.09). Czarnogóra

     Rano, jeszcze przed wyruszeniem w drogę wybraliśmy spośród nas sekretarza wycieczki, który miał na bieżąco prowadzić zapiski w naszym pokładowym dzienniku wyprawy. Wybraniec niezwłocznie z zapałem przystąpił do pracy zapełniając całą stronę przeznaczoną na ten dzień opisem swoich marzeń sennych. Jeśli tylko otrzymam zgodę autora – nie omieszkam zamieścić tu skanu rękopisu tej fascynującej historii ;).

     Z Pljevli wyruszyliśmy w kierunku słynnego mostu na Tarze, od którego miało rozpocząć się zwiedzanie właściwe. Prawdopodobnie nasze wygórowane oczekiwania, spore zachmurzenie, oraz ogromna ilość wycieczek szkolnych i autobusów sprawiły, że atrakcja ta nie zrobiła na nas spodziewanego wrażenia do tego stopnia, że przez most przejechaliśmy co prawda powoli, rozglądając się, ale bez zatrzymania, nie robiąc nawet jednego zdjęcia! Sytuacja ta wywołała wśród nas pewną konsternację i stała się na długo tematem żartów. Padały nawet pomysły dokonania „wyczynu” przejechania całej zaplanowanej trasy bez wysiadania z samochodów ;). Wtedy też powstało hasło przewodnie wyjazdu, które przyświecało nam później we wszystkich momentach, w których mieliśmy wątpliwości co do dalszych ruchów i planów, czyli: NAPIERAMY!

     Nasza myśl przewodnia została poddana próbie już kilka kilometrów dalej. Podczas wyprzedzania pod górę miejscowej ciężarówki niepotrzebnie zmieniłem bieg na wyższy. Obciążenie auta, pochylenie drogi, pewnie nieco zbyt szybki ruch nogą itp. spowodowały poślizg sprzęgła. Pierwszą myślą było to, że nie zdążyłem dobrze zweryfikować auta po robionym przed samym wyjazdem serwisie i coś jest nie tak. Na szczęście dalsze zachowanie auta, narada i grupowa analiza problemu pozwoliły nam z dużym prawdopodobieństwem wyeliminować istnienie usterki, sformułować ww. wnioski odnoście przyczyn i kontynuować podróż.

     Przed samym wjazdem w góry zatrzymaliśmy się już tylko na chwilę w Żabljaku, aby kupić jakąś dokładną mapę okolic. Miejscowe biuro informacji turystycznej znakomicie wywiązało się ze swojego zadania kierując w tej sprawie na pocztę :). W tym czasie z nieba zniknęły chmury co dało nam nadzieję na piękne widoki, wyruszyliśmy więc jak najszybciej w drogę wokół Durmitoru.

          Durmitor – widok na Kanion Tary, w okolicy miejscowości Tepca

Durmitor – punkt widokowy na Kanion Tary

Durmitor – Kanion Susice

Durmitor – odpoczynek po przejeździe przez Kanion Susice

Malowniczy zjazd serpentynami nad Jezioro Pivsko

Jezioro Pivsko

Durmitor – okolice Kanionu Boricje

Kampania wyborcza w górach :)

     Zauroczony pięknem krajobrazu, po kilku godzinach jazdy wąskimi górskimi dróżkami w pewnym momencie poczułem się chyba zbyt pewnie za kierownicą. Poskutkowało to tym, że postanowiłem uprzejmie wyminąć „po zewnętrznej” jadącą  w przeciwną stronę Ładę, która zatrzymała się na środku drogi bez najmniejszej próby ułatwienia nam manewru. Niestety, nasze przeciskanie się zakończyło się drobną obcierką przyczepki, szybko wycenioną z zadowoleniem przez miejscowego kierowcę. Pominę opis dalszych zakończonych fiaskiem rozmów i zaznaczę tylko, że było to chyba jedyne tego typu, pozostawiające uczucie niesmaku zachowanie jakiego doświadczyliśmy w trakcie całej podróży.

Stłuczka z Ładą nad Kanionem Pivsko

 W drodze z Krnova do Jeziora Kapetanovo (widok na południowy-wschód)

W drodze z Krnova do Jeziora Kapetanovo (widok na północny-zachód)

     Celem „max” tego dnia było rozbicie biwaku nad Jeziorem Kapetanovo. Na szczęście zabrakło nam do niego około 10 kilometrów, dzięki czemu noc spędziliśmy „na prerii”. Wyjątkowe, księżycowe i czyste niebo skłoniło nas do eksperymentów zdjęciowych, które zajęły nam większą cześć nocy i wyzwoliły niekiedy głęboko skrywane pokłady inwencji członków Dirtyriders. Jedna z nadających się do publikacji próbek twórczości poniżej. 😉 Nad skałami widoczny Wielki Wóz.

Nocleg „Na prerii” – okolice Wielkiego Zurima (zabawy z latarką)

   Ostatnim aktem tego wieczoru była króka biesiada, której punktem kulminacyjnym  było pierwsze, niepowtarzalne wykonanie hymnu wycieczki, którym został wybrany utwór SOAD  „Lost in Hollywood”. Od tej chwili kawałek ten towarzyszył nam przez cały wyjazd mocno wbijając się wszystkim w głowy.

Nocleg „Na prerii” – okolice Wielkiego Zurima

 Trochę faktów:

Trasa: 189km (Pljevlja, Most na Tarze, Zabljak, Durmitor, Kanion Susice, Trsa, Pivsko Jeziero, Kanion Boricje, Dubrovsko, Duzi, Krnovo, Gvozd).

Wyjazd z Pljevli: 10.00. Dojazd na biwak:18.00

Nocleg 2:  Biwak „Na prerii” przed Jeziorem Kapetanovo, 42°49’49.72″N  19°10’36.71″E, wys. 1675 m n.p.m.

__________________________________________________

Dzień 3 (29.09). Czarnogóra 

     Piękny poranek i rozciągające się wokół westernowe plenery skłoniły nas do wypróbowania nowych patentów z filmowaniem kamerką zamocowaną na kiju. Chociaż późniejsze przeglądanie ujęć, na których kamera „dogania i wjeżdża do środka” jadącego auta, ujawniło że nie oddają one skali trudności przedsięwzięcia, to trzeba przyjąć, że eksperymenty się udały skoro nie ucierpiał sprzęt ani ludzie :).

Pierwszy biwak o poranku

Okolica Bare Bojovica, Lukavica

Jezioro Kapetanovo

     Tego dnia wykonaliśmy pierwsze z trzech zaplanowanych na tę wycieczkę „zadań”. Po krótkiej wizycie nad Jeziorem Kapetanovo zjechaliśmy do wioski Velje Duboko, gdzie odwiedziliśmy Pana Stanisława (to nasza spolszczona wersja jego imienia), któremu zawieźliśmy zdjęcia wykonane  przez goszczącą u niego ponad miesiąc wcześniej ekipę Leszka. Chałupa została odnaleziona, zdjęcia przekazane i tym razem my doświadczyliśmy serdecznego przyjęcia. Na szczęście kierowcom udało się jakoś poprzestać na soczku i pysznej kawie sączonej w trakcie dyskusji o polityce i podobieństwach oraz różnicach kulturowych :).

Velje Duboko – rakija, kawa i soczek u Pana Stanisława

     Po długim, najpierw terenowym, potem szutrowym, a w końcu asfaltowym zjeździe w dolinę, z miejscowości Medurecje ruszyliśmy głównymi drogami w kierunku Kolasina i rezerwatu Biogradska Góra. Tam spod stacji narciarskiej Kolasin wyruszyliśmy w górę kierując się na Vranjak. Ten fragment, dzięki jeździe skrótami pomiędzy zakolami wspinającej się na zbocze „głównej” drogi, dostarczył nam sporo offroadowych emocji. Po wydostaniu się ponad granicę lasu mogliśmy podziwiać widoki połonin kojarzące się nam trochę z krajobrazami znanymi z rumuńskich Karpat.

Biogradska Góra – podróże łączą

Biogradska Góra – „szkockie wrzosowiska”

     Trawersując północne zbocza Zekovej Glavy podziwialiśmy jesienne już kolory roślinności, zupełnie nie pasujące do temperatur przypominających raczej nasze upalne lato. W górach, nawet na dużych wysokościach w dzień było zdecydowanie ponad 20 stopni C, co utwierdziło nas co do słuszności wybranego wrześniowo – październikowego terminu :).

     Jedyną wadą jesiennego wyjazdu był dosyć krótki dzień. Jeśli nie chcieliśmy rozbijać się po ciemku, około godziny 17.00 musieliśmy już zdecydowanie rozglądać się za miejscem na nocleg. O 18.00 zapadała regularna noc i aż do 20.00, kiedy to wychodził księżyc (akurat trafiliśmy na pełnię) panowały zupełne ciemności.

   Tym razem planowaliśmy przenocować w okolicy Jeziora Pesica. Próbowaliśmy dojechać do niego przez przełęcz pomiędzy szczytami Zekova Glava i Crna Glava. Na zdjęciach w Google Earth wydaje się, że prowadzi tamtędy droga, której część jest niewidoczna z powodu chmury, która nieszczęśliwie się tam usadowiła. W rzeczywistości okazało się, że droga urywa się pod szczytem na przełęczy, a do jeziora prowadzi w dół jedynie stroma ścieżka dostępna dla piechurów. Zjazd tamtędy byłby może i wykonalny, ale na pewno nie byłoby to dokonanie w duchu tread lightly ;). W związku ze zbliżającym się zmierzchem postanowiliśmy zatem przetestować nasze śpiwory i rozbiliśmy się pod samą przełęczą na wysokości ponad 2000 m n.p.m.

Biogradska Góra – widok na Durmitor z biwaku pod szczytem Zekova Glava 

     Ten wieczór upłynął na dalszych eksperymentach zdjęciowych oraz analizie ewidentnych różnic w mentalności poszczególnych członków Dirtyriders, które ujawniły się po obejrzeniu filmiku nagranego poprzedniego dnia, podstępnie, za pomocą ukrytej kamery. Wspominaliśmy również przeprowadzoną przez Mieszka brawurową próbę  wykonania backflipa Jeepem podczas cofania na grani :).

     Wyjątkowe umiejscowienie naszego obozu nie pozwoliło nam tym razem zbyt długo cieszyć się swoim towarzystwem. Spadająca coraz bardziej temperatura i wzmagający się, mocno odczuwalny na przełęczy wiatr wygonił nas wkrótce do namiotów. Ta noc bezlitośnie obnażyła różnice jakościowe pomiędzy posiadanymi śpiworami. Napiszę tylko, że ubrany w bluzy i spodnie, dygocząc z zimna z zazdrością patrzyłem na swojego współlokatora, który po rozebraniu się praktycznie „do rosołu”, bezczelnie rozpinał częściowo suwak swojego śpiwora tłumacząc się gorącem panującym w jego puchówce.

Biogradska Góra- Jezioro Pesica

 

Trasa: 92km (Jezioro Kapetanovo, Medjurecje, Kolasin, Vranjak, Zekova Glava).

Wyjazd z biwaku: 10.30. Dojazd na biwak: 17.30

Nocleg 3: Biwak „Taras z widokiem” pod Zekową Glavą, 42°51’15.83″N  19°40’51.28″E , wys. 2018 m n.p.m.

 _________________________________________

Dzień 4 (30.09). Czarnogóra – Albania

         Tego dnia planowaliśmy dłuższy przelot głównymi drogami i nocleg już w Albanii. Powodzenie tych dalekosiężnych zamierzeń stanęło jednak pod znakiem zapytania, kiedy przed samym wyruszeniem w drogę, odkryliśmy spory wyciek z prawej, przedniej półosi Jeepa. Ustaliliśmy szybko, że winną zaistniałej sytuacji jest pewna poluzowana śrubka, która dziwnym trafem nie była kompatybilna z żadnym z kilkudziesięciu kilogramów przywiezionych narzędzi. W związku z tym, postanowiliśmy poszukać pomocy w cywilizacji.

    Wyruszyliśmy najkrótszą drogą połoninami na północ, żeby dostać się do Berane, gdzie po stwierdzeniu, że koło wciąż jest na miejscu i nic nie dymi, kontynuowaliśmy podróż. W ten sposób dotarliśmy aż do Plav, gdzie na wyposażeniu pewnej myjni samochodowej znaleźliśmy w końcu odpowiedni kluczyk. Widok naszej radości spowodowanej kontaktem z upragnionym przedmiotem wzruszył obsługę stacji do tego stopnia, że zdecydowała się ona na dokonanie aktu darowizny, co my z kolei przekształciliśmy w akt wymiany :).

Nasz biwak na przełęczy z pięknym widokiem

Jezioro Pesica – doskonałe na orzeźwiającą kąpiel

     Około 14.00 dotarliśmy do granicy. Procedura przekraczania po obu jej stronach była podobna: obudzenie załogi, niespieszna kontrola i przyjacielskie rozmowy, których głównym tematem była nasza wycieczka oraz oczywiście Jeep, (który nie wiedzieć czemu zawsze wzbudza zdecydowanie większe zainteresowanie niż mój Pickup ;)). Po wszystkim, pięknym, nowym, ale na szczęście szybko kończącym się asfaltem wjechaliśmy do Albanii. Ponieważ było jeszcze za wcześnie na poszukiwanie noclegu w Vermosh, postanowiliśmy skierować się prosto na Koplik, w góry, gdzie chcieliśmy tradycyjnie rozbić się w jakimś „punkcie widokowym”.

Droga Gusinje – Koplik – pierwsze zabudowania w Albanii

Biznes turystyczny rozwija się

Droga Gusinje – Koplik

   Początkowy etap ekscytacji nowymi plenerami i wspaniałą dziurawą drogą, po kilku godzinach zaczął ustępować miejsca lekkiemu znużeniu nieco monotonnym, skalnym krajobrazem doliny, którą jechaliśmy w stronę Jeziora Szkoderskiego. Rozpieszczeni widokami z dwóch pierwszych noclegów poszukiwaliśmy na biwak czegoś równie interesującego, dlatego „napieraliśmy” dalej, cały czas licząc, że „coś być musi za zakrętem”.

     W ten sposób, po kilkudziesięciu kilometrach przejechanych na pierwszym biegu, dotarliśmy nad samo jezioro w okolicy miejscowości Vukpalaj. Niestety, eksploracja terenów nadbrzeżnych doprowadziła nas co prawda do interesujących miejsc nad jedną z odnóg jeziora, ale ujawniła równocześnie skalę zaśmiecenia i zanieczyszczenia typowego dla wielu gęściej zaludnionych obszarów Albanii. W tej sytuacji, oraz ze względu na zapadający już zmrok nie pozostało nam już nic innego, jak tylko długo oczekiwane podjęcie decyzji o nocowaniu w Szkodrze.

Droga Gusinje – Koplik, kościół w Selce

Droga Gusinje – Koplik – znajdź Jeepa na zdjęciu :)

Uzupełnianie poziomu cywilizacji we krwi

         Szkodra nie jest na pewno miastem bliskowschodnim, czy afrykańskim, ale da się już wyczuć w nim „południowy” klimat. Lawirowanie pomiędzy samochodami, ludźmi, osiołkami i innymi obiektami, poruszającymi się zupełnie nieprzewidywalnie w różnych kierunkach i z różnymi prędkościami spełniło moje oczekiwania :). Dodatkowej adrenaliny dostarczał fakt, że z powodu awarii CB, musieliśmy utrzymywać kontakt wzrokowy. Jedyny dyskomfort wywoływała u mnie była konieczność używania klaksonu, którego standardowe brzmienie, delikatnie mówiąc – nie oddaje powagi auta.

Okolice Szkodry – porażający zasięg 😉

     W trakcie honorowego przejazdu przez centrum zauważyliśmy reklamę pobliskiego hotelu. Zmęczeni długą trasą zamarzyliśmy o tym, żeby zaszaleć i zamieszkać „w centrum miasta”. Okazało się jednak, że placówka znajduje się w nieco dalszej, praktycznie nieoświetlonej dzielnicy, w sąsiedztwie bogato zaopatrzonego sklepu z trumnami i jak to w Albanii, boryka się z problemami częstych przerw w dostawie prądu. To, oraz bardzo rozsądne ceny pobytu, ostatecznie przekonało nas, że jest to wymarzone miejsce dla pobytu Dirtyriders ;).

   Po zmyciu z siebie wierzchnich warstw kurzu, aby jak najszybciej poczuć gwarny klimat tej żywej metropolii oraz zakosztować miejscowych specjałów, niezwłocznie wybraliśmy się „na miasto”. Kiedy dotarliśmy do centrum, okazało się, że nie wzięliśmy pod uwagę „syndromu niedzieli”, który mimo względnie wczesnej pory (około 21.00) zupełnie wyludnił ulice, przez które chwilę wcześniej ledwo się przecisnęliśmy.

Na szczęście udało nam się zlokalizować otwartą „restaurację”, gdzie zjedliśmy tradycyjny, miejscowy posiłek w postaci pizzy i Heinekena, co pozwoliło jeszcze przez jakiś czas kontynuować nocne zwiedzanie city. W tym miejscu muszę wspomnieć, że tego wieczoru jeden z nas wykazał się znakomitymi zdolnościami komunikacyjno-organizacyjnymi, co miało bardzo pozytywny wpływ na późniejsze nastroje całej ekipy.

Trasa: 170km (Zekova Glava, Lubnica, Berane, Andrijevica, Gusinje, Koplik, Szkodra).

Wyjazd z biwaku: 10.30. Dojazd do hotelu: 21.00

Nocleg 4:  Szkodra – Hotel Bicaj, 42° 3’31.46″N  19°31’23.41″E, wys. 11 m n.p.m.

 ___________________________________________________

Dzień 5 (01.10). Albania

     Jednodniowy kontakt z cywilizacją pozwolił nam podładować akumulatory, a jednocześnie wyzwolił w nas chęć szybkiego powrotu w „dzicz”. Tym razem miał to być następny sztandarowy punkt wycieczki, czyli Theth.

     Na wyjeździe ze Szkodry postanowiliśmy jeszcze uzupełnić zapasy arbuzów pochłanianych przez nas w ilościach hurtowych.  W tym celu zatrzymaliśmy się „na chwilkę” w nieprzepisowym miejscu, na poboczu skrzyżowania. Mimo panującego ogólnie chaosu, nie umknęło to jednak uwadze policjanta kierującego ruchem, który próbował nas stamtąd słusznie przepędzić. Na pomoc przyszła nam jednak pani sprzedawczyni, która skutecznie uniemożliwiła mu wykonywanie obowiązków służbowych, żywiołowo wyrażając dezaprobatę w stosunku do prób przeszkodzenia w transakcji.

Wyjazd ze Szkodry na północ

     W drodze do parku Theth wybraliśmy północny, szybszy wariant drogi, aby jak najwcześniej dotrzeć na miejsce. Droga prowadziła nas najpierw wąziutkimi, krętymi asfaltami, potem przeszła w kamienisty szuter, aż w końcu zaczęliśmy wspinać się w górę, w kierunku przełęczy typowymi, kamienistymi górskimi serpentynami, na których sporo miejsc znaczonych jest zupełnie jak w Polsce – krzyżami i tablicami upamiętniającymi tragiczne wypadki. Zwykle są to miejsca bardzo atrakcyjne widokowo, chociaż zapewne nie zauroczenie krajobrazem było powodem tych katastrof.

     Dłuższy postój właśnie w jednym z takich miejsc wymusiły na nas bardzo nieprzyjemne odgłosy dobywające się czasem z zawieszenia Nissana podczas pokonywania dużych nierówności. Na szczęście dosyć szybko udało się ustalić ich źródło, którym była niegroźna usterka przy resorze. W tym miejscu potwierdziła się zasada, że na wycieczce dobrze jest, jeśli właściciel zna auto wraz z jego zaletami, wadami, typowymi usterkami itp. Korzyścią wynikającą z całej akcji, było to, że mogłem dodać odpowiednie zdjęcie do mojej kolekcji wyjazdowych „napraw na szlaku” :).

     Klimat całego zajścia świetnie oddał nasz kronikarz, którego wpis w „dzienniku wyprawy” zacytuję wiernie:

„ …Pojawia się stukot w tylnej sprężynie. Podnosimy auto. Wyglądamy bardzo profesjonalnie, ale nikt nas nie widzi. 2h materiału filmowego  i 500 zdjęć na pewno pozwolą nam oddać klimat sytuacji….”

Droga Koplik- Theth – zdjęcie obowiązkowe

Droga Koplik-Theth

     Po wszystkim, w poprawionych, bojowych nastrojach, raźnie ruszyliśmy dalej. Nasze terenowe auta i MT- ki świetnie radziły sobie z wymagającym podłożem, dzielnie dotrzymuąc kroku miejscowym busom i osobówkom ;).

Droga Koplik-Theth

Zdajzd do Theth – postój na ucztę arbuzową

     Na wjeździe do Theth zostaliśmy zaczepieni przez opisywanego kilkukrotnie przez poprzedników chłopca o imieniu Francesco, który jednak jak na nasz gust, nieco zbyt natarczywie nalegał na skorzystanie z jego oferty noclegu. W związku z tym znaleźliśmy przyjemniejsze, ustronne miejsce na kempingu przy szkole, gdzie poznaliśmy sympatyczną parę Szwajcarów. W trakcie wspólnej, wieczornej biesiady wyszło na jaw, że są oni właśnie w trakcie podróży dookoła świata, co kazało nam spojrzeć z nieco innej perspektywy na naszą „wyprawę” i nie da się ukryć wywołało nieco refleksyjny nastrój wśród napieraczy Dirtyriders…

Toyota zapoznanej pary Szwajcarów

     W Theth znalazła swój finał sprawa wycieku w Jeepie. Jak zawodna jest pamięć i jak różnie można pamiętać tę samą sytuację niech zilustruje komentarz Szwagra, który na pewno był bliżej sprawy i tak odniósł się do mojego wcześniejszego opisu perypetii z cienkącą półosią :) :

„No to żeś popłynął;)

– problemem nie była śrubka tylko uszczelniacz półosi

– była obawa, że wycieknie olej z przedniego mostu

 – w moście korek do wlewania oleju jest na klucz nasadowy 3/8”

– pilot przed wyjazdem zastanawiał się czy brać taki szpej, ale stwierdził, że na pewno nie będzie potrzebny

– 50kg narzędzi i nie mieliśmy takiego klucza

– dogadaliśmy się z lokalesami przed granicą, że nam pożyczą taki klucz

– po 5 minutach wrócili w czarnej beemce i w sumie dali nam ten klucz (ponieważ miał rozwaloną grzechotkę)

– co prawda grzechotka była uszkodzona w kluczu, ale pilot powiedział że ją zrobi „na stałe” i odkręcimy korek

– dokupiliśmy jeszcze 2 litry oleju do mostu za 5€ w eleganckiej butelce „coca-cola”

– ruszyliśmy w drogę kontrolując na postojach poziom uwalenia olejem wewnętrznej strony felgi

– w szkodrze za bardzo daliśmy w palnik i nikomu nie chciało się bawić z tym mostem

 – potem znowu ruszyliśmy w drogę kontrolując na postojach poziom uwalenia olejem wewnętrznej strony felgi

 w teth pilot „naprawił” grzechotkę i próbowaliśmy odkręcić korek, ale się nie udało

– klucz nie wytrzymał naprężeń – pożyczyliśmy od szwajcarów klucz i udało się odkręcić korek

– trytrytką sprawdziliśmy poziom oleju – okazało się, że niewiele wyciekło

– zrobiliśmy prowizoryczny lejek i profilaktycznie dolaliśmy parę kropel do mostu

Ja tak to pamiętam;)
Pozdr. Paweł”

Kamping „przy szkole” – Theth

Trasa: 77km (Szkodra, Koplik, Boge, Theth).

Wyjazd z Hotelu: 9:45. Dojazdna kemping: 16:45

Nocleg 5: Theth – Kemping przy szkole, 42°23’37.00″N  19°46’38.00″E, wys. 740m n.p.m.

 ___________________________________________________

Dzień 6 (02.10). Albania

     Tego dnia powrót w kierunku Szkodry drogą „południową” przez Kir rozpoczęliśmy od sesji zdjęciowej i filmowej naszej przeprawy przez strumyk. Zamierzony efekt artystyczny udało się uzyskać już po trzecim dublu.

Wyjazd z Theth – Jeep walczy z prądem rzeki 😉

Droga Theth-Szkodra – zrywamy „dziwne kasztany”

     Porannej energii wystarczyło nam na jakieś 3 godziny. Po tym czasie, pomimo zachwycających krajobrazów, droga zaczęła stawać się coraz bardziej nużąca i zapragnęliśmy jakiejś odmiany od wszechobecnego kurzu oraz monotonnego posuwania się w żółwim tempie urozmaicanego jedynie wyprzedzaniem ciężarówek z drewnem. Odległym, ale realnym celem wydawało się dotarcie nad morze, tym bardziej że znajomi zachwalali nam ciekawe miejsce na półwyspie Rodonit.

Droga Theth – Szkodra

Droga Theth-Szkodra – Titnin natchniony widokami uzupełnia dziennik pokładowy

Droga Theth-Szkodra – typowy zakręt :)

Droga Theth-Szkodra – „jest szeroko – wyprzedzamy!”

     Przed samą Szkodrą spotkaliśmy ponownie znajomych Szwajcarów i ustaliliśmy, że aby powtórzyć wczorajszy udany wieczór, wspólnie poszukamy noclegu na wybrzeżu. Na dotarcie do Rodonitu nie było już szans, ale na mapie znaleźliśmy interesująco zapowiadający się półwysep przypominający nasz Hel. Po dotarciu na miejsce rozdzieliliśmy się na dwie grupy rozpoznawcze, które wyruszyły na poszukiwania noclegu:

     Grupa Południe, która eksplorowała okolice miejscowej Juraty napotkała wiele fantastycznych miejsc na plaży przy samej wodzie. Niestety, wysokość współczynnika ilości śmieci na metrze kwadratowym uniemożliwiała przygotowanie miejsca pod rozbicie namiotów przy użyciu posiadanych środków (brak pługa), nie wspominając już o urokach biwakowania w takich okolicznościach.

     Grupa Północ po nieuprawnionym wtargnięciu na teren wyglądającej na opuszczoną bazy marynarki wojennej, dotarła do ukrytego na uboczu, nowopowstałego kompleksu hotelowego, gdzie wynegocjowała akceptowalne (za darmo) warunki rozbicia się na trawniku w otoczeniu palm.

     W tej sytuacji dość szybko udało się dojść do porozumienia i już wkrótce, w luksusowych warunkach hotelowego, nadmorskiego ogrodu, zapoznaliśmy się z przewagą naszych nowych znajomych dysponujących namiotem dachowym i przemyślną zabudową wyprawową auta, w zakresie tempa rozbijania obozowiska.

Shengjin – opuszczona baza wojskowa

Pokaz zdjęć nocnych dla Szwajcarów

Trasa: 128km (Theth, Kir, Szkodra, Lezha, Shengjin).

Wyjazd z kempingu Theth: 10:00. Dojazd na biwak: 19:00

Nocleg 6: Biwak pod palmami obok plaży przy Hotelu Inheritor,  41°48’42.26″N,  19°34’34.73″E, wys. 2 m n.p.m

 ___________________________________________________________

Dzień 7 (03.10). Albania

     Rankiem, po sprawdzeniu dat w kalendarzu stwierdziliśmy z niejakim zdziwieniem, że dzięki taktyce „napierania” możemy pokusić się o dotarcie do Parku Lure. Nie przewidzieliśmy do końca takiego punktu programu i dysponowaliśmy tylko pobieżną wiedzą na temat tych okolic, więc po szybkim pożegnaniu ze Szwajcarami ruszyliśmy żwawo na spotkanie przygody.

Shengjin – biwak przed Hotelem Inheritor

     Przygotowując się do wjazdu „w  nieznane” uzupełniliśmy w Rreshen zapasy piwa oraz zakupiliśmy kilka konserw ze Szczecina (!?). Kawałek dalej natrafiliśmy już na wspaniałe, równe szutry, dzięki którym mogliśmy trochę poszaleć i poczuć się prawie jak na Dakarze ;). Przygnębiające wrażenie wzbudzało tylko sporo mijanych opuszczonych budynków, kopalń, a nawet całych miejscowości.

Droga Rreshen-Kurbnesh – szybka jazda po szutrach

Okolice Kurbnesh – opuszczone budynki

     Znakomita nawigacja doprowadziła nas w końcu pod tablicę wjazdową do Parku, gdzie rozpoczęła się mozolna wspinaczka kamienistą drogą w górę zbocza. Aby uwiecznić morderczą pracę zawieszenia mało brakowało, a poświęcilibyśmy naszą kamerkę ;).

Wjazd do Parku Lure od północy (okolice Kurbnesh)

Park Lure – Mieszko z poświęceniem mocuje kamerkę

     Park przywitał nas wilgocią, zdecydowanym ochłodzeniem, a nawet przelotnymi deszczami, co stanowiło spory kontrast w stosunku do pogody, która dotychczas nas raczej rozpieszczała. W tej scenerii pierwsze napotykane jeziorka obserwowaliśmy przy zdecydowanie ograniczonej widoczności. Na szczęście po przebiciu się na wschodnią część stoków opuściliśmy zachmurzony obszar i już bez ograniczeń mogliśmy poddać się podziwianiu widoków.

Wilgotny mikroklimat w Parku Lure –  uczta arbuzowa nad jednym z jeziorek

Park Lure – widok ze wschodnich zboczy na południowy wschód 

Park Lure – spalone drzewa

Nadchodzi Mordor

     Obozowisko tego dnia rozbiliśmy na ogromnej polanie w dalekim sąsiedztwie kilku szałasów pasterskich. Po pewnym czasie z jednego z nich wysłany został „zwiadowca”, który wraz ze stadem owiec niespiesznie okrążył nasz biwak prezentując wyposażenie bojowe w postaci jakiejś flinty, po czym po takim wyjaśnieniu nam sytuacji pomachał i wrócił do swoich zajęć w dolinie.

     Po zmroku, wsłuchując się w dalekie ujadanie owczarków, beczenie owiec oraz mnóstwo niezidentyfikowanych odgłosów, skupiliśmy się na tworzeniu fantastycznych scenariuszy mogących nastąpić nocnych wydarzeń, dodając sobie otuchy opowieściami o niedźwiedziach, wilkach itp. Na szczęście, dwie godziny po zapadnięciu totalnych ciemności, nad horyzontem pojawił się księżyc magicznie zmieniając tok naszego myślenia, dzięki czemu reszta wieczoru upłynęła już pod znakiem dyskusji filozoficznych i udanych prób rejestracji ruchu obrotowego ziemi za pomocą aparatu fotograficznego :).

Park Lure – wschód księżyca nad „Polaną Pasterzy”

Trasa: 120km (Shengjin, Lezha, Milot, Rreshen, Perlat, Kurbnesh, Park Lure).

Wyjazd z biwaku: 10:00. Dojazd na biwak: 18:00

Nocleg 7: Polana pasterzy w Parku Lure, 41°43’24.00″N  20°11’48.00″E, wys. 1537 m n.p.m.

 ___________________________________________________

Dzień 8 (04.10). Albania – Czarnogóra

     Jak już wspomniałem wcześniej, nie posiadaliśmy dobrej mapy okolicy i nie mogliśmy zbyt dokładnie określić swojej pozycji. Po wyruszeniu z naszej Polany Pasterzy wkrótce  jednak ujrzeliśmy  majaczące w dolinie miejscowości, które wydawały się być na wyciągnięcie ręki. W tej sytuacji postanowiliśmy dostać się najkrótszą drogą do Burrel, aby dalej pojechać przez góry w kierunku Kruji. Wtedy właśnie zaczęły się „przygody” :).

Park Lure – „Polana Pasterzy”

     Nasz szlak zaczął się rozdzielać na coraz więcej  podobnie wyglądających odnóg. Po tym jak pierwsza taktyka (próby eksploracji najszerszych ścieżek) oraz druga (wybór odnóg metodą „na azymut”) nie zdały egzaminu, właściwą drogę znaleźliśmy dopiero po nawiązaniu kontaktu z napotkanym kierowcą ciężarówki. Trzeba przyznać, że wjazd do Parku od tej strony, ze względu na kilka długich i stromych podjazdów, po opadach mógłby być prawdziwym wyzwaniem.

Park Lure – okolice wjazdu od strony południowej

     Przed opuszczeniem Lure pozostało nam jeszcze wypełnienie drugiego zadania tej wyprawy, czyli pozostawienie ukrytego „Skarbu”. Porażka naszej pierwszej, rumuńskiej próby zdecydowała co prawda o nieco mniej wartościowym charakterze Skarbu z Lure, ale mimo to zachęcamy do udziału w poszukiwaniach. Więcej na ten temat znajdziecie tu: SKARB LURE.

Park Lure – miejsce ukrycia „SKARBU”

       Przy okazji warto wspomnieć, że wybrane przez nas miejsce ukrycia Skarbu oprócz oczywistych walorów estetycznych, posiada również tajemniczą, potężną moc przyciągania, o czym przekonaliśmy się w ciągu kilku godzin tułaczki po okolicy. Po wyruszeniu spod skały, w której ukryty został skarb, dziwnym trafem napotykaliśmy ciągle na najróżniejsze przeszkody, które zmuszały nas kilkukrotnie do powrotu do punktu wyjścia!

    Aby wydostać się z zaklętej doliny musieliśmy w końcu poddać się i zrezygnować z planów dotarcia do Burrel. Dopiero wtedy Skała zlitowała się i wypuściła nas ze swoich objęć, a my od razu odnaleźliśmy drogę… w kierunku Peshkopi. Analizując już w domu naszą trasę na zdjęciach satelitarnych odkryliśmy, że prawie wszystkie te przygody zawdzięczamy jednej błędnej decyzji podjętej na niepozornym skrzyżowaniu :).

Widok ze skały, miejsca ukrycia „SKARBU”

Za chwilę powinniśmy odbić w prawo :)

Poszukiwanie drogi do Burrel

Jeep Wrangler – uroki jazdy kabrioletem :)

     Efektem kilkugodzinnego kręcenia się w miejscu była konieczność długiego i szybkiego, jak wtedy sądziliśmy, przelotu asfaltami jak najdalej na północ. Oczywiście tempo poruszania się po albańskich „drogach krajowych”, gdzie po kilometrze nowej autostrady wpada się w błotniste koleiny, z nich wyjeżdża na szutrową wiejską drogę, by znowu trafić na odcinek dziurawego asfaltu, nieco zweryfikowało nasze plany. Wykończeni, dopiero koło północy przekroczyliśmy granicę z Czarnogórą, na nocleg wybierając nadmorski kurort Ulcinij, gdzie przekonaliśmy się co znaczy termin „po sezonie”. Pomimo pięknej pogody i panujących w dzień trzydziestostopniowych upałów, z trudem udało nam się znaleźć w tym opustoszałym mieście otwarty pensjonat, gdzie byliśmy zresztą jedynymi gośćmi.

Płonące zbocze przy drodze Bulquiza – Burrel

Trasa: 285km (Park Lure, Qaf-Murre, Peshkopi, Bulqize, Burrel, Milot, Szkodra, Ulcinj).

Wyjazd z biwaku: 11:00. Dojazd do pensjonatu: 0:30

Nocleg 8: Ulcinj, Hotel Porta Otrant, 41°54’42.34″N  19°14’21.08″E, wys. 3m n.p.m.

 ___________________________________________________

Dzień 9 (05.10) Czarnogóra

     Pierwszym punktem tego dnia było wypełnienie ostatniej „misji” tego wyjazdu, czyli dostarczenie przekazanej przez ekipę Leszka, polskiej tablicy rejestracyjnej kolekcjonerowi z Virpazar. Zadanie zostało wypełnione, co można sprawdzić odwiedzając to sympatyczne miasteczko i wstępując do baru znajdującego się przy rynku. Na miejscu spotkaliśmy podróżującego samotnie z Polski na południe „w pogoni za latem” motocyklistę, z którym ucięliśmy sobie krótką pogawędkę o urokach Bałkanów oraz różnicach pomiędzy samotnym i „towarzyskim” biwakowaniem na dziko :).

Ulcinj – regeneracja mapy przy pomocy taśmy typu MacGyver

Droga Virpazar-Cetinje – widok na północne krańce Jeziora Szkoderskiego

     Jadąc dalej wąskimi, górskimi serpentynami w kierunku starej stolicy Czarnogóry – Cetinje, podziwialiśmy piękne widoki na północne krańce Jeziora Szkoderskiego. Miejsce to kojarzyło nam się nie wiedzieć czemu z klimatem plenerów starych filmów o Bondzie z Rogerem Moorem. Dowiedzieliśmy się też, że tereny te są zagłębiem winnym i agroturystycznym, a przypadkowe zatrzymanie obok przydrożnego kramiku może zakończyć się długą wizytą w domowej winiarni połączoną ze zwiedzaniem piwniczek i degustacją różnych „ekologicznych” produktów. Co prawda przy okazji pogwałcona została jedna z zasad Dirtyriders dotycząca pozostawania całej ekipy na tym samym poziomie kontaktu z rzeczywistością, co poskutkowało powstaniem drobnych rozbieżności w temacie dalszych posunięć tego dnia, ale wszystko zakończyło się dobrze, a my dzięki temu przekonaliśmy się o słuszności naszego krótkiego regulaminu ;).

Vukomirovica Glavica – Tintin wybiera najlepsze kąski

     Po krótkiej wizycie w Cetinje skierowaliśmy się na Bokę Kotorską. Wybór trasy pozostawiliśmy tym razem Automapie, w której trochę dla żartu ustawiliśmy wybór trasy jako 4×4, co trochę niespodziewanie okazało się strzałem w dziesiątkę. W pewnym momencie nawigacja skierowała nas na niezaznaczoną na mapie kamienistą ścieżkę, która poprowadziła nas przy samej grani urwiska schodzącego w dół ku nadmorskiej nizinie. Skrót ten zaowocował też entuzjastyczną sesją zdjęciową przy i we wraku napotkanego starego Jeepa.

Droga Cetinje-Kotor 4×4 (wg automapy)

Droga Cetinje-Kotor – zabytek klasy „0”

     Nad Zatokę Kotorską dotarliśmy trochę zbyt późno i jej wody częściowo pogrążone były już w cieniu, ale mimo to wywarła na nas wielkie wrażenie, porównywalne chyba tylko z pierwszym oglądaniem jej na Google Earth ;). Sam zjazd do Kotoru słynną drogą 24 zakrętów, po naszych górskich doświadczeniach nie był już niestety takim przeżyciem, jednak podejrzewam że wyglądałoby to inaczej gdybyśmy mogli pokonać go przy użyciu jakiegoś lżejszego sprzętu :). Generalnie ten etap wycieczki, obfitował  w sporo sugestywnych „kadrów zdjęciowych”, które na pewno pozostaną w naszych głowach na długo.

Panorama Boki Kotorskiej przed wjazdem na drogę 24 zakrętów do Kotoru

Lansik na parkingu w Kotorze

Ostatni rzut oka na Bokę (wyjazd od strony Risan)

     Ponieważ następny dzień, a właściwie doba miała być w całości przeznaczona na długi powrót do domu, po ostatnich spojrzeniach na pogrążającą się w ciemności Bokę, ruszyliśmy  w stronę niepozornego jak nam się wydawało miasteczka Niksic, gdzie mieliśmy nadzieję na spokojny, wygodny i tani nocleg przed podróżą do kraju. Niestety, po dotarciu do celu, przypadkowo wjechaliśmy do samego centrum, które okazało się tętniącym życiem nocnym i energią, klimatycznym miejscem, które od razu uwiodło nas na tyle, że nie mogliśmy oprzeć się próbie zaczerpnięcia tej atmosfery.

     Ten ostatni wieczór w Czarnogórze mógłby być tematem na oddzielną opowieść, ale ograniczę się tylko do zacytowania naszego kronikarza, który opisując go zanotował: „…stajemy się Polakami zapamiętanymi na równi z Bońkiem i Papieżem…” ;).

Trasa: 235km (Ulcinj, Bar, Virpazar, Cetinje, Kotor, Orahovac, Niksic).

Wyjazd z pensjonatu: 10:30. Dojazd do hotelu: 21:00

Nocleg 9: Niksic, Hotel Orogost, 42°46’36.27″N  18°57’3.22″E, wys. 636 m n.p.m.

 ___________________________________________________

Dzień 10 i 11 (06-07.10). Powrót z Czarnogóry

     Ranek, po dość intensywnych wrażeniach poprzedniej nocy, upłynął nam na niespiesznych przygotowaniach do powrotu. Poważnym utrudnieniem w tych działaniach był fakt, że musieliśmy doprowadzić do porządku pakę Nissana, po otwarciu której okazało się, że jedna z zakupionych poprzedniego dnia butelek wina nie wytrzymała trudów podróży. W dodatku, pęknięta butelka była pechowo umieszczona w jedynej dziurawej kastrze, co zaowocowało rozprzestrzenieniem się trunku po całej pace i w połączeniu z panującymi upałami dało piorunujący efekt zapachowy, nie do usunięcia w warunkach polowych. Myślę, że w tej sytuacji dłuższa jazda innym autem, bez oddzielnej przestrzeni bagażowej pickupa, stanęłaby pod dużym znakiem zapytania :).

     Cała podróż powrotna upłynęła bez większych, wartych opisania atrakcji, natomiast w przeciwieństwie do drogi na południe, tym razem zdecydowanie gorzej reagowaliśmy na przebiegające w przeciwnym kierunku niż poprzednio zmiany temperatury. Kulminacja przypadła na niedzielny poranek, kiedy to po wjeździe do Polski powitało nas nagłe ochłodzenie do 10 stopni, niskie ciemne chmury oraz deszcz. Wobec tego nie pozostało nam już nic innego niż to, co zwykle robimy w takich przypadkach – planowanie następnej wycieczki…

Trasa: 1368km  (Niksic, Scepan Polje, Srebnije-Foca, Sarajevo, Osijek, Budapeszt, Banska Bystrzyca, Chyżne, Kraków, Kielce, Warszawa)

Wyjazd z Niksica: 06.10 o godz. 12.00. Dojazd do Chotomowa: 07.10 o godz. 15:00

 

Podsumowanie:

Przebieg całkowity: 3999km

Paliwo Nissan: 444 l, (ok. 11,1 l/100km)

Paliwo Jeep: 666 l, (ok. 16,6 l/100km)

 Radek, 2013.02.10

Najnowsze wpisy

  1. Bałkany 2015 Napisz odpowiedź
  2. Film z wyjazdu 2014. 2 odpowiedzi
  3. Fotorelacja z tegorocznej wycieczki na południe Albanii już gotowa… 2 odpowiedzi
  4. Wracamy 2 odpowiedzi
  5. Dzika plaza i na krawedzi 5 odpowiedzi
  6. Co sie wydarzylo do tej pory 1 odpowiedź
  7. Jedziemy nad morze Napisz odpowiedź
  8. Na południe 1 odpowiedź
  9. Planowanie… Napisz odpowiedź